OCZY, KTÓRYCH NIE WIDAĆ

Jestem górą, która widzi, ale nie patrzy, która czuje, ale nie dotyka. Przeżywam każdy krok i każdą historię. Właśnie to wam dziś opowiem. Moją krótką historię.

Już nie pamiętam ile czasu minęło odkąd się urodziłam. Wiem tylko, że rosłam i rosłam, aż się nagle zatrzymałam. Nie wiem ile to trwało lat i nic już z tego okresu nie pamiętam, nawet własnego imienia. Byłam goła. Zero trawy, drzew. Otoczenie też było puste. Szare, pojedyncze bloki, które widziałam, wydawały się równie smutne i samotne jak ja. Ludzie, którzy przychodzili mnie odwiedzić, tylko mnie deptali, rozrzucając śmieci. W ogóle mnie nie kochali, bo jak tu kochać kogoś tak brzydkiego? Nie chciałam pamiętać tego wszystkiego. Chyba mi się to udało. To, co teraz mówiłam to są pojedyncze obrazy, które mylą mi się w pamięci. Ale w raz z rokiem 1998 moje życie zaczęło się odmieniać. Jacyś ludzie przyjechali na wielkich koparkach i innych maszynach. Początkowo myślałam, że chcą mnie zabić. Panikowałam, błagałam by mnie zostawili, ale chyba nie słyszeli. Na całe szczęście. Okazało się, że w końcu ktoś się mną zaopiekował i zaczął dbać o to bym nie była sama, goła i smutna. Budowniczy zajmowali się mną przez 3 lata. Nawieźli ziemię, wytyczyli alejki, postawili ławki, poprowadzili ścieżki rowerowe i połączyli mnie z moją siostrą 26-metrowym mostkiem. W październiku 2000 roku mieszkańcy osiedla zasadzili blisko 250 młodych drzewek, które są teraz częścią mnie. Wyglądam olśniewająco. Wszyscy mnie pokochali. Nie tylko ludzie, ale każda żyjąca istota, od psa po dżdżownicę. Wszystkie etapy budowy parku, w którym mieszkam zakończyły się w 2004 roku. Od tego momentu jestem odwiedzana codziennie przez kilkaset osób, psów i innych zwierząt. Nadano mi imię Górka Widzewska, z czego jestem bardzo dumna. Od tego pamiętnego dnia do teraz minęło już 14 lat, a ja codziennie czekam na to, co się wydarzy. Moim ulubionym dniem jest niedziela. Wtedy przychodzi najwięcej osób. Większość z nich idzie wówczas do kościoła św. Brata Alberta Chmielowskiego, którego dzwony zawsze biją równo o 12:00. Uwielbiam ich dźwięk. Od tego momentu odliczam tylko minuty, aż msza się skończy i ludzie całymi rodzinami zaczną iść w moim kierunku i będą mogli się rokoszować dniem, pogodą, naturą i sobą nawzajem. Słychać śmiech dzieci i nawoływania rodziców by uważali na siebie, kiedy ich pociechy ścigają się na mój szczyt i walczą o tytuł króla Górki. Pani Basia, która jest ateistką przychodzi do mnie tylko raz w tygodniu. Właśnie w niedzielę o 12:00. Chyba na przekór wszystkim wierzącym, którzy tę godzinę rezerwują dla Boga. Zawsze jest sama. Najprawdopodobniej nie ma ani męża ani dzieci, ale zawsze ma przy sobie książkę, za każdym razem tę samą – „Wybór Zofii” Williama Styrona. Musi ją bardzo lubić. Nawet jak jest zima, siada na mnie, zawsze w tym samym miejscu obok dębu, który tu rośnie i czyta do momentu zakończenia Eucharystii, po czym wraca do domu. Przez tych 13 lat wiele się wydarzyło. Nie przychodzi już Pani Zosia z mężem Stanisławem i bardzo mnie to smuci. Pani Zosia była już starszą osobą, ale zawsze elegancką. Nosiła sukienki w kwiatki, najczęściej niebieskie. Chyba uwielbiała ten kolor. Na głowie miała zawsze ten
sam okrągły kapelusz ze wstążką dokoła. Jej mąż natomiast zawsze przychodził w tym samym brązowym garniturze. Chyba jeszcze przedwojennym. Uwielbiałam słuchać ich długich rozmów. Mówili o dzieciach, którzy tak rzadko ich odwiedzają, o przyrodzie, o tym, co razem przeżyli. Kiedyś Pan Stasiu wspominał historię jak przyjechał po swoją żonę i w środku nocy, wywabił ją z domu, a kiedy wyszła podbiegł do niej, wziął na ręce, zabrał do auta i wywiózł na Mazury. Jej rodzice ponoć bardzo się zdziwili jak ich córka wróciła do domu po tygodniu. Kiedy to wspominali zanosili się śmiechem przypominając sobie minę rodziców Zosi. Uwielbiałam tę historię. Zdecydowanie była moją ulubioną. Jaka szkoda, że odeszli z tego świata i już nigdy nie będę mogła ich ujrzeć i posłuchać. Tak samo bardzo lubię pewne małżeństwo. Woźniacy, tak, tak się nazywają. Oni odwiedzają mnie codziennie. Przychodzą koło godziny 16: 00 wraz z dwójką dzieci, pięcioletnią Kasią i dwuletnim Jasiem. Mają również psa maltańczyka. Wabi się Potworek. Jest to dosyć komiczne, ponieważ inne maltańczyki, które tu przychodzą są urocze i przesłodkie. On też by taki był. W zasadzie niczym się od nich nie różni. Jest mały i biały, ale ma wystające zęby, które sprawiają, że wygląda przerażająco. W porównaniu do innych psów jest natomiast bardzo ułożony. Nigdy nie szczeka, nikogo nie atakuje, nie załatwia się gdzie popadnie w porównaniu do wilczura Rona. Kto mógł tak nazwać psa? Jarek Zabłocki, no tak, zapomniałam…, ale on jest zbzikowany, więc trzeba mu wybaczyć. O wszystkim zapomina, buja w obłokach i żyje we własnym świecie. Mieszka na Chmielowskiego i nigdy nie sprząta po swoim psie, który sra gdzie popadnie. Ludzie zawsze zwracają mu uwagę, by zebrał kupę po psie, ale on odpowiada zawsze to samo „Mój pies, moja sprawa. Chcesz to posprzątaj” i idzie dalej. Nie jest zbyt dobrze wychowany. Wśród masy ludzi, którzy przychodzą do mnie podczas spacerów, jest dwójka nastolatków, Maja i Bartek, tzn. Bartosz. Nie lubi jak się zwraca do niego w inny sposób. Zapamiętałam ich, ponieważ tak bardzo różnią się od współczesnej młodzieży. Kiedy są razem zawsze mają wyciszone telefony, idą trzymając się za ręce. Kiedy jest lato i nie chodzą do szkoły przychodzą niemalże codziennie. Czasami nawet biorą koszyk, koc i urządzają sobie piknik w cieniu topoli. Są bardzo dobrze wychowani. Nigdy nie śmiecą, nie przeklinają, nie palą papierosów w porównaniu do dziesięcioosobowej grupki dresów, która przychodzi, co jakiś czas późnymi wieczorami, kiedy jest pusto i mija mnie, czasami kopiąc w latarnie i przewracając kosze na śmieci. Uwielbiam słuchać ich rozmów, o tym, co robili, kiedy byli osobno, przyglądać się jak patrzą na siebie nawzajem, wzrokiem pełnym miłości. Jeżeli mogłabym być człowiekiem, chciałabym się w kimś kiedyś tak zakochać, jak oni w sobie nawzajem. Jest też taki młody mężczyzna, który zawsze się gdzieś śpieszy. Przychodzi od ulicy Bartoka i zmierza w stronę Tesco. Nigdy się nie zatrzyma, nie popatrzy na mnie. Nawet nie wiem czy zdaje sobie sprawę z mojego istnienia. Telefon przy uchu jest jego nieodłącznym elementem. Nawet nie wiem jak ma na imię. Szkoda. Może kiedyś dowiem się gdzie tak pędzi, że nie widzi świata, który go otacza. Piotrek natomiast, to chłopak, który uwielbia biegać, nawet w deszczu. Robi to codziennie, najczęściej koło 19:00. Bardzo się cieszę, gdy go widzę, zwłaszcza, gdy jest brzydka pogoda. Bardzo nie lubię jak pada, bo czuję jakbym miała się rozpaść, rozpuścić, a
poza tym tworzą się liczne bagna. Ale on uprzyjemnia mi te chwile, jest ze mną w porównaniu do innych ludzi, którzy najwidoczniej boją się takiej pogody. Obiega mnie całą, robi kilka ćwiczeń rozciągających i biegnie wzdłuż głównej promenady rozświetlanej blaskiem latarni, po czym znika z zasięgu mojego wzroku. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, co się kryje poza granicami parku, w którym mieszkam. Wiem tylko, że jest gdzieś w pobliżu szkoła podstawowa nr. 199, ponieważ dzieci z tej szkoły przystępują do komunii w kościele, który jest kilka metrów ode mnie. Aktualnie jest maj, więc kilka ich w tym roku już przeżyłam. Teraz ceremonie bardzo się różnią od tych sprzed 13 lat. Ośmiolatki są wystrojeni jakby brali ślub. Dziewczynki przekrzykują się nawzajem, która ma ładniejszą i droższą sukienkę, których biel można by dostrzec z innej dzielnicy miasta. Chłopcy zdają się mniej tym przejmować. Oni zastanawiają się, co dostaną za prezenty i umawiają się, że każdy pochwali się nimi następnego dnia w szkole. Wśród ich rodziców jest podobnie. Matki ubierają się w coraz to wyszukane stroje i konkurują ze sobą o miano Miss Komunii, zapominając, o co chodzi w tym wydarzeniu. Kiedy jest komunia, dzieci już nie ścigają się, kto będzie pierwszy na górze. Boją się ubrudzić. Tylko jeden chłopiec w jasnym garniturze namawiał pozostałych by się trochę pobawili, ale rodzice im na to nie pozwolili, bo przecież jeszcze nie było sesji zdjęciowej, a poza tym czeka ich uroczysty obiad. Jest jeden dzień w roku, którego nie lubię tak samo, a może i bardziej od deszczu – Sylwester. Ludzie przychodzą z pobliskich bloków parę minut przed 00: 00 i zaczynają wbijać we mnie fajerwerki, dzieci podpalają i rzucają torpedami, które wybuchają, rozrywając przy tym ziemię i trawę, która mnie przykrywa. Trwa to może 15 minut, ale jest to najgorszy moment w roku. Jestem cała poszarpana, brudna. Osoby, które, na co dzień o mnie dbają pod wpływem emocji i chwili zapominają posprzątać po sobie i zostawiają odpadki po fajerwerkach, więc leżę w śmieciach dopóki ktoś tego za nich nie zrobi. Całe szczęście, że dzieje się tak tylko przez 15 na 525 600 minut w ciągu roku.
Źródła: www.parki.org.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s