MÓJ PIERWSZY… GOLF

Oto historia mojego Golfa. Wszystko zaczęło się w wakacje 2012 roku. Wtedy to na poważnie zacząłem rozglądać się za kupnem pierwszego aut.

Wstępne rozeznanie rynku

Od chwili zdania prawa jazdy marzyłem o swoim własnym aucie. Najpierw poszukiwałem wygodnego kompaktu – najważniejsze było, aby posiadał 5-cio drzwiowe nadwozie oraz silnik Diesla. Nigdy nie podobał mi się dźwięk „wyjących” benzyniaków… no chyba, że mówimy o „mruczącym” turbodoładowanym Audi RS5 Sportback. Od zawsze jednak kręcił mnie ten charakterystyczny dieslowski klekot.

Po spędzeniu wielu godzin na portalach aukcyjnych i przejrzeniu kilku największych forów miłośników różnych modeli, jak i marek, swoją uwagę zacząłem skupiać na Audi A3, VW Golfie 3- i 4-tej generacji, VW Borze oraz Seacie Leonie, czyli po prostu na autach grupy VAG. Mając do dyspozycji około 13 tys. zł, musiałem odrzucić Audi A3, bo auto z podstawowym wyposażeniem jakoś mnie nie interesowało, na lepsze nie miałem pieniędzy. Seat Leon także wydawał się zbyt ubogi. Bora była ciekawym wyborem, chociaż sedany kojarzone są z autami dla emerytów jeżdżących tylko do kościoła, więc i ona odpadła. Ostatecznie moje zainteresowanie skupiała czwarta generacja popularnego Golfa i tylko w wersji 5D w „tedeiku”. Przyznam szczerze, że w województwie łódzkim ciekawych golfów było raptem kilka. Niestety żaden nie przykuł mojej uwagi na tyle, aby go kupić.

Najszybszy, bo czerwony

Po pewnym czasie znalazłem ciekawy egzemplarz w Aleksandrowie Łódzkim. Nie wiem czym, ale jakoś tak od razu przykuł moją uwagę. Był czerwony, a wiadomo, że czerwony jest kolorem szybkości. Zdjęcia były wyraźne, podane wyposażenie dość ciekawe, nawet przebieg wydawał się wiarygodny. Nie zastanawiając się długo, pojechałem go obejrzeć. Był wyposażony w klimatyzację, a nawet w podgrzewane fotele i szyberdach, co w aucie z 2002 roku nie jest takie popularne. Widząc takie auto, oczekiwałem, że sprzedawca będzie komunikatywny, miły i uprzejmy… a gdzie tam. Okazał się gburowaty, nierozmowny, a przede wszystkim nieskłonny do negocjacji. Jak szybko pojechałem, tak szybko wróciłem. Pozostał niedosyt. Mimo wszystko miałem nadzieję, że sprzedawca tak szybko Golfa nie sprzeda, że pojadę jeszcze raz, obejrzę, znowu spróbuję negocjować i wrócę (z) autem do domu.

Po tygodniu pojechałem ponownie, tym razem już nie sam. W podróży do Aleksandrowa towarzyszył mi mój skarbnik, jednak i ta wizyta zakończyła się niepowodzeniem. Nie poddawałem się i gdy Golf po dwóch tygodniach dalej był na sprzedaż, zawitałem u niego po raz trzeci, nie tylko ze skarbnikiem, ale i z wujkiem, w celu przeprowadzenia chociaż podstawowego przeglądu, by wiedzieć, jak to wygląda od strony mechaniki. Zrobiła się z tego cała wycieczka, bo z wujkiem przyjechał jego wnuk, a wnuk z kolegą i dziewczyną.

Golf podobał mi się coraz bardziej, już wyobrażałem sobie letnie, wieczorne przejażdżki z otwartym dachem oraz „kręcenie gwintem” na parkingu pod blokiem. Czułem, że coś zaczyna mnie łączyć z tym autem, że muszę go mieć. Pech chciał i tym razem, nici z zakupu, o negocjacji mogłem zapomnieć, sprzedawca był nieugięty, 14 500 i ani złotówki mniej.

20160223_181405.jpg

Do czterech razy sztuka

Niektórzy uważają, że jak coś jest dostępne w sprzedaży przez długi czas i nikt tego nie chce, to jest to jakiś bubel, kupa złomu lub jest w tym jakiś haczyk. Dla mnie, na szczęście, to, że nikt auta nie chciał było dużym plusem.

07.12.2013 roku podjąłem kolejną próbę zakupu, pojechałem tylko ze skarbnikiem wyposażonym w odpowiednią sumę pieniędzy oraz z wujkiem. Skoro pieniądze były na wyciągnięcie ręki, myślałem, że wrócę już osobiście Golfem, a nie jak wcześniej, autobusem MPK. Tego dnia była tragiczna pogoda. Padał śnieg, był mróz, a co najgorsze lód na drogach.

Kuba nie jedź, nie w taką pogodę, zimą nie kupuje się auta, pod śniegiem nic nie widać – mówili znajomi

Na szczęście ich nie posłuchałem. Pojechaliśmy. Ostatnie oględziny, ostatnia jazda próbna – nie było to łatwe, bo wszędzie był lód i śnieg, ale Golf dał radę. Ostatnia próba negocjacji ceny i… sprzedawca podejmuje. Niewielką, ale i tak to lepiej niż na początku. Widzę porozumienie, ostatecznie „urwałem” aż 1500 zł i komplet letnich opon w „gratisie”. Potem tylko podpisanie umowy, zapłata, zabranie wszystkich dokumentów auta, spakowanie „gratisowych” opon i powrót do domu na własnych kołach.

Golf był fantastycznym mikołajkowym prezentem. Od 7 grudnia 2013 roku trwa moja niesamowita przygoda z nim, który mimo swojego wieku, nigdy mnie nie zawiódł. Pół żartem, pół serio, chciałbym jeździć w nim do końca mojego życia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s