MIEJSCE

Miejsce na skraju miast zawsze była dla mnie miejscem, które należy omijać szerokim łukiem. Drewniane budki, które gmina tam postawiła; ławeczki i kamienne kręgi na ogniska, a nawet skąpy plac zabaw nie zachęcały porządnych rodzin do odwiedzania tego miejsca. Każdy wiedział, że w na skraju miasta stacjonowały osoby, które do porządnych nie należały. Któregoś dnia jednak postanowiłam przekonać się, jak tam naprawdę jest. Ludzi, których spotkałam, nie interesowały rozboje. Interesowało ich, jak przeżyć.

Zbliżając się do Miejsca, słyszałam krzyki i dudniącą muzykę. Nie byłam pewna, czy powinnam tam iść, w moich myślach pojawiły się już najgorsze scenariusze. Dopiero po zapoznaniu się z ludźmi, którzy tam siedzieli, zrozumiałam, że nie są tacy, jak mi się wydawało. Nie było w nich żadnej agresji ani wulgarności. Rozmawiali się, śmiali się i bawili. Wśród nich znalazły się osoby, które z tym miejscem miały więcej wspólnego niż zwykły mieszkaniec miasta. Miejsce było ich domem.

Szklane oczko

Jest późno, prawie że północ. 28 kwietnia, piątek. Przy ognisku siedzi parę osób, piją piwo i wpatrują się w ciszy w płomienie. Noc nie należy do ciepłych, ale wydaje mi się, że im to nie przeszkadza. Wśród nich siedzi chudy chłopak w za dużej bluzie. Ma może siedemnaście lat. Przysuwam się do niego, a on podnosi głowę. Ma zadziwiająco długie rzęsy, rzucają cienie na policzki. Jest wychowankiem Domu Dziecka. Wszyscy mówią na niego Szklane Oczko. Pytam go, co tutaj robi i dlaczego nie wróci do placówki. Dowiaduję się, że jego matka upiła się na śmierć, a ojciec nie był w stanie wychować jego i siedmioletniej córki. Mieszkają w ośrodku już trzeci rok.

Nie jest źle – mówi, bawiąc się zieloną butelką. – Mamy jedzenie, spanie, ubrania. To prawie tak, jak w domu. Gdyby nie to „prawie”, mogłoby być idealnie.

Ludzie boją się Szklanego, w szkole nie ma przyjaciół, każdy omija go szerokim łukiem. Oczku przyszyli łatę sieroty, wyrzutka społecznego, choć wcale nim nie jest. Okazuje się, że lubi matematykę i uczy jej młodszych wychowanków Domu Dziecka. W liceum jednak nikt nie widzi w nim kogoś, z kim można się zaprzyjaźnić; kogoś, komu można zaufać. Jego przechodzone bluzy, przetarte spodnie i rozpadające się tenisówki odpychają dzieci bogatych górników.

Chciałem się dopasować, być taki, jak oni. Zacząłem sprzedawać szklane kulki – wyjmuje z kieszeni kolorowe paciorki, 10 groszy za sztukę. Nosi przy sobie parę plastikowych woreczków. Nie pytam, skąd je ma, choć to zbyt oczywiste, nie chcę wiedzieć. Biorę całe trzy paczuszki, w sumie 60. Nie ma, jak wydać z dychy, ale to nic. Macham ręką, a on kontynuuje. Czasem udaje mu się zebrać dziesięć złoty dziennie, zazwyczaj jednak są to mniejsze sumy. Chodzi po ulicach, targu i marketach. W tych ostatnich musi uważać, by nie zobaczyła go ochrona. Gdy pytam, na co wydaje pieniądze, uśmiecha się.

Na początku chodziłem do szkolnego sklepiku i kupowałem słodycze, by wszyscy z mojej klasy widzieli, że mam kasę i jestem taki sam. Potem zrozumiałem, że to głupie i zacząłem oddawać pieniądze mojej siostrze. Ona jest jeszcze mała i wciąż ma szansę na lepszy start.

Na Miejscu przebywa od niedawna. Zaprowadził go tutaj jeden z wychowanków Domu Dziecka. Opowiada, że gdy przyszedł tu pierwszy raz, obcy ludzie po prostu dali mu piwo i posadzili obok siebie.

Tak, jakby hierarchia nie istniała, jakby nie było żadnych podziałów. Poczułem się akceptowany, chciany. To miejsce, gdzie każdy potępiony może przyjść i przekonać się, że wcale nie jest gorszy.

Środkowa

Choć tam, gdzie ogień nie sięga, jest zimno, jedna osoba nie siedzi razem z wszystkimi. Gdyby nie światło z ekranu telefonu, w ogóle nie wiedziałabym, że ktoś przyczaił się pod drewnianym daszkiem. Kieruję się w tamtą stronę. Dziewczyna podnosi głowę, ale nic nie mówi. Siadam po drugiej stronie stołu. Po chwili nieznajoma zakłada słuchawki. Wycofuję się.

Przy ognisku mówią mi, że to Aśka. Aśka, która z nikim nie rozmawia, która siedzi ciągle sama i słucha muzyki. Pytam się, dlaczego tu jest. Nikt nie wie. Czasem widują ją, jak siedzi oparta o pień i czyta książkę. Nie słyszeli jeszcze, by komukolwiek powiedziała „cześć”. Jeden chłopak kojarzy ją ze szkoły. Zawsze sama, zawsze pod ścianą, zawsze z słuchawkami na uszach. Spoglądam na białą łunę. Po pół godzinie postanawiam spróbować jeszcze raz. Chwytam jeden z koców i idę do Aśki. Jeden z siedzących pożycza mi latarkę.

Dziewczyna podskakuje, gdy się przysiadam. Zawieszam latarkę na belce i podaję nieznajomej koc. Dziękuje, ale kładzie go obok. Wciąż nie ściągnęła z uszu słuchawek. Pytam o książkę, która leży obok telefonu. Młoda grzecznie odpowiada, że to opowieść o wampirach. Gdy pytam, czy nie jest jej zimno, rzuca krótkie „nie”.

Do Aśki przysiadam się jeszcze paręnaście razy. Przychodzę na Miejsce codziennie. W środę przynosi ze sobą babeczki, częstuje mnie jedną, a potem się odzywa. Pyta, dlaczego tutaj przychodzę. Mówię, że lubię ciszę, spokój i zapach lasu. Odbijam pytanie.

W domu nie mogę czytać – prawie szepce.

Okazuje się, że Aśka mieszka w małym mieszkaniu, razem z rodzicami i dwojgiem rodzeństwa. W głównym pokoju śpią w piątkę. Nie ma żadnej prywatności. Nie może do późna oglądać filmów i wstać później, niż by chciała. Zawsze budzi się o szóstej, gdy jej mama szykuje się do pracy. Jeśli akurat ją ma. Dziewczyna wymienia mi, gdzie w ostatnim miesiącu pracowała jej matka. Pytam o umowę o pracę. Kręci tylko głową. Dodaje, że jest środkowym dzieckiem.

To takie, które dostaje zużyte rzeczy po starszym bracie i takie, które ma ustępować młodszej siostrze – stwierdza gorzko, wykręcając palce. – Gdy jemy obiad, ja dostaję najmniej. Bo brat musi mieć siły, by dobrze się uczyć i znaleźć pracę, a siostra, by rosnąć. Ja jestem tą najgrubszą, najbrzydszą, najbardziej niepotrzebną.

Głos jej się trzęsie, ale kontynuuje. Mówi, że w szkole też jest tą środkową. Zbyt biedna, by być popularna i zbyt nijaka, by być dostrzeżona. Przerwy spędza samotnie pod klasą, a na lekcjach siada zawsze z tyłu. Ma problemy z kondycją i nie cierpi zajęć wychowania fizycznego. Nie umie też matmy. Była zagrożona już dwa razy.

Jestem tą, którą zawsze wybierają na samym końcu, która nigdy nie ma pary. Jestem tą, z której śmieją się, bo się potyka o własne nogi i z kolejnych sprawdzianów dostaje jeden. Jestem tą, której nie lubią, bo psuje statystyki klasy.

Na Miejsce nie zaprowadził jej nikt. Przyszła tu sama, gdy była z psem na spacerze. Opowiada, że gdy ludzie stąd ją zauważyli, próbowali nawiązać kontakt, ale ona się bała. Bała się, że znowu okaże się kimś niewidzialnym. Potrzebuje ludzi, potrzebuje z kimś rozmawiać, widzę to. Zwierza mi się, że nawet matka nie potrafi jej słuchać i bagatelizuje jej problemy. Chce po prostu, by choć jedna osoba zainteresowała się nią i pozwoliła jej się otworzyć. Kończy swoją opowieść, a ja biorę latarkę. Wracam do ogniska i tym razem Aśka idzie razem ze mną.

Ojciec

Za każdym razem, gdy tam jestem jest też on. Wszyscy mówią na niego Ojciec. Nikt nie wie, jak się nazywa, a on zawsze przedstawia inną wersję. Wiadomo jednak, że ma z nich wszystkich największy problem. Pije też najwięcej i śpiewa najgłośniej. Czasem wpatruje się tylko w ogień, a po policzkach płyną mu łzy.

Nowa jesteś, co? – pociąga łyk z butelki i przypatruje mi się. – Ciebie też dręczy jakiś problem?

Zaprzeczam i pytam o jego kurtkę. Ma na niej mnóstwo naszywek. Niektóre już wyblakły, inne zostały przyszyte do góry nogami. Całość robi imponujące wrażenie, jakby rzeczywiście był ojcem. Ojcem wszystkiego.

To pamiątki, mała. Byłem w każdym mieście, w każdym kraju.

Jeszcze tego samego wieczora słyszę wersję, że kupił ją od starego cygana, który nie miał co zrobić z naszywkami, a szkoda mu było ich wyrzucić.

Ojciec ma długie włosy. Jedna z dziewczyn codziennie mu je czesze i splata w warkocza. Podobno jego fryzura to bunt przeciwko wyidealizowanego obrazowi mężczyzny, ale ktoś mówi mi, że stary po prostu jest zbyt leniwy, by iść do fryzjera. Patrzę na niego. Jest tutaj najstarszy, ma ponad trzydziestkę, mimo to zachowuje się, jakby utknął w wieku licealnym. Co chwila pyta się, czy na pewno nie mam żadnego problemu. Przejmuje się. Przejmuje się nimi wszystkimi. Zawsze wie, kogo w danym dniu nie ma. Jeśli ktoś nie pojawia się dłużej niż tydzień, Ojciec wypytuje. Jeden z obecnych mówi mi, że czasem stary przynosi prześcieradło i rzutnik, i puszcza im wszystkim filmy. Pytam się, czy jest biedny. Odpowiadają, że nie. Nie mogę go rozgryźć. Nie rozumiem, dlaczego tutaj jest, dlaczego przesiaduje z dzieciakami, zamiast iść do domu.

Raz powiedział, że umarła mu żona, ale wszyscy wiemy, że nigdy się nie ożenił – mówi jakaś dziewczyna, ta sama, co czesze jego włosy.

Udaje mi się poznać jego historię dopiero, gdy jestem tam ostatni raz. Ojciec po raz pierwszy wydaje się trzeźwy i pije tylko herbatę z termosu. Wpatruje się w ogień i rozdaje wszystkim pianki.

Była dziewczyna – zaczyna nagle, patrząc się w mój notatnik, jakby sprawdzał, czy na pewno wszystko zapiszę. – Ewka się nazywała. Kochałem ją głupią, szczenięcą miłością. Znaliśmy się, jak łyse konie.

Ewa zaszła w ciążę, gdy Ojciec miał dwadzieścia trzy lata. Była od niego o cztery lata młodsza. Mówi, że przygarnął ją do siebie i pomógł zdać maturę. Planowali ślub, zaręczyli się.

Pokój dzieciaka pomalowałem na żółto – dodaje. Jego narzeczona urodziła w lutym, ale niemowlę zmarło. Ojciec opowiada, jak trzymał je w ramionach. Pierwszy raz trzymał własne dziecko, ale czuł tylko chłód zimnego ciałka.

Pogrzeb odbył się parę dni później. Ewka oszalała z rozpaczy, próbowała popełnić samobójstwo. Uciekła i Ojciec już nigdy jej nie spotkał. Został sam w mieszkaniu z pustym, żółtym, dziecięcym pokoikiem.

Dlatego tu przychodzę – kończy, patrząc na wszystkich. – Widzę was i czuję się za was odpowiedzialny. Czuję się, jakbyście byli wszyscy moi. Ból na chwilę znika i nie ma już  pustki. Jesteście wy. Wszyscy. A ja jestem z wami.

Pani wychowawczyni

Gdy jestem na Miejscu po raz czwarty, przychodzi dziewczyna, na oko dwudziestoparoletnia i wita się wesoło z wszystkimi. Dostaje koc i piwo. Zauważa mnie i pyta znajomego, kim jestem.

To dziewczyna od pisania – mówi jej i tłumaczy, dlaczego z nimi siedzę. Wydaje się zainteresowana i już po kilku chwilach dosiada się do mnie.

Najpierw pyta o moje samopoczucie. Jest ciekawa, gdzie studiuję, co i dlaczego akurat to. Patrzy na moje notatki i dyktafon leżący na ławce. Chce powiedzieć mi swoją historię, zastanawia się, czy mam jeszcze trochę miejsca na jej wyznanie.

Nazywa się Marta i jest jedną z osób, które założyły paczkę na Miejscu. Mówi, że pochodzi z południa Polski i przeprowadziła się tutaj, mając piętnaście lat. Jak wszyscy tu zebrani, ona też nie miała łatwego życia.

Mojego ojca wszyscy się bali – mówi. – Był postrachem osiedla, rzucał się na losowych przechodniów i ich bił. Wielokrotnie do naszych drzwi pukała policja. W dodatku miał manię zbierania śmieci. Całe mieszkanie było zagracone i śmierdziało. Po ludzku śmierdziało. Mama próbowała utylizować to wszystko, ale nie dawała rady ogarniać. Pracowała, znajdując czas na wychowanie mnie i mojego rodzeństwa. Byliśmy biedni. Ubrania dostawałam po siostrze, czasem udało mi się zarobić jakieś grosze, więc szłam do lumpeksu. Strasznie się tego wstydziłam. Swojego braku pieniędzy. Miasto to społeczność, gdzie albo jesteś dzieckiem górnika, albo jesteś nikim. Niektóre koleżanki wyśmiewały się ze mnie. Miałam bardzo wąskie grono przyjaciół. Nienawidziłam tego miasta.

Gdy skończyła liceum, uciekła do Poznania, gdzie zaczęła studiować psychologię. Chciała pomagać tym, którzy mieli ciężko.

Wydaje mi się, że większość ludzi, którzy chcą pomagać, sami tej pomocy kiedyś potrzebowali i wiedzą, jak to jest – dodaje, zapalając papierosa. Pyta się mnie, czy chcę, ale kręcę głową.

Nie udało jej się ukończyć studiów i musiała wrócić do miasta.

Wyobrażasz to sobie? Uciekasz z miasta, którego szczerze nie znosisz, a i tak kończysz właśnie w nim.

Podczas jej pobytu w Poznaniu, wyszło na jaw, że od lat cierpi na depresję. Zmaga się z nią od wielu lat, ale ona nie odpuszcza.

Prochy nie pomogą, mogą tylko zniwelować to, co dzieje się w głowie. Tylko człowiek jest w stanie się od tego uwolnić. A ja jestem za słaba, za wiele dostrzegam, za dużo myślę. Gdy zmarła moja matka, straciłam jedyną podporę w życiu. To był dla mnie ogromny cios.

Rok temu pracowała w domu opieki społecznej. Teraz jest wychowawcą w żłobku. Praca z dziećmi bardzo jej pomaga, ale potrzebuje czasem ucieczki.

Wtedy idę tutaj – uśmiecha się. – To jest mój azyl, jedyne miejsce, gdzie nie muszę patrzeć na wszystkie górnicze mordy. Zanim się tu przeprowadziłam, miałam paczkę i czułam się wspierana. W tym mieście wszyscy sobą gardzą. Człowiek tu umiera. Miejsce to jedyne miejsce, gdzie mogę odpocząć. Gdzie mogę przestać się uśmiechać i już nie udawać, że nic mnie nie rusza. Nie ma tu nikogo, kto spojrzałby na drugiego człowieka krzywo. Mam wrażenie, że to jedyne miejsce, gdzie ludzie są naprawdę ludźmi.

pexels-photo-764880

Chodziłam na Miejsce codziennie, przez cały tydzień. Zdarzało się, że zostawałam do samego końca. Gdy paczka postanawiała rozejść się do swoich domów, wpierw chłopcy odprowadzali dziewczyny. Po kolei. Na końcu żegnali się lekkim skinieniem głowy i rozchodzili się, każdy z nową dawką energii do tego, by móc przeżyć kolejny dzień w świecie, który ich nie rozumiał. Byli wyrzutkami, niechcianymi i niewidzialnymi. Miejsce stało się ich azylem, dzięki któremu nareszcie gdzieś pasowali.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s