POŁÓDŹ

Wczoraj, około siedemnastej. Wstawiam odkurzacz do szafy, kończąc na dzisiaj z kopciuszkowaniem. Zerkam przez okno. Chmury, nie chmury, do sklepu trzeba iść. Zakładając buty, słyszę, że zaczyna padać, ale ja z cukru nie jestem. Parasol w dłoń i heja.
W tym momencie jeszcze nie wiedziałam, że przeceniłam wodoszczelność swoich trampek i nie doceniłam wodospadu nieba.

Tego dnia zostałam kapitanem. Kapitanem statku o nazwie Mój Samochód. Nie czułam kół i asfaltu. Tylko przechyły i przechyły. Miasto doświadczało każdego możliwego rodzaju deszczu. Były małe kapuśniaczki i wielkie ulewy. Deszcz zacinający z boku i taki, co padał jakby z dołu w górę. W pewnym momencie żałowałam, że nie zabrałam rękawków. Samotnie prułam naprzód do wysepki zwanej Biedronką. Gdzieś po drodze mignął mi pies pieskiem próbujący dopłynąć do suchego kawałka ziemi. Kibicowałam mu z całego serca. Wierzę, że mu się udało i dzisiaj wygrzewa się już na zielonej trawie.

Zaparkowałam… nie… z a c u m o w a ł a m  przy słupku, mając nadzieję, że jak wrócę, Mój Samochód dalej będzie spokojnie stał w wyznaczonym miejscu. Wskoczyłam pod sklepowy daszek, spoglądając na rzekę płynącą tam, gdzie jeszcze piętnaście minut temu była ulica.

Woda w łodzi. Coś poszło nie tak…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s